Antarktyczny sektor zarządzany przez Nową Zelandię kusi Was surowym pięknem, o jakim czyta się w dziennikach polarników. To miejsce, gdzie wiatr hula bez przeszkód tysiące kilometrów, a cisza brzęczy głośniej niż ruch uliczny w centrum miasta.
Biały horyzont i południowe lato
Dependencja Rossa obejmuje blisko pół miliona kilometrów kwadratowych pokrytych lodem, którego grubość bywa większa niż wysokość Rysów. Na zachodzie wulkan Erebus, jeden z niewielu aktywnych wulkanów na Ziemi z jeziorami lawowymi, bez przerwy emituje parę siarkową, malując niebo pastelowym różem nawet w polarne południe. Gdy słońce krąży nisko nad horyzontem, lodowa półka Rossa błyszczy jak ogromna lustrzana tafla. Od listopada do lutego pakuje się tu większość wypraw naukowych: jasne „noce” ułatwiają odwierty lodowe, a temperatury około minus dziesięciu pozwalają na loty niewielkich maszyn z kołami narciarskimi. Wasza wycieczka prawdopodobnie zacznie się w nowozelandzkim Christchurch, skąd Hercules C-130 leci pięć godzin na lądowisko przy stacji McMurdo. Najmilszą nagrodą po wyczerpującym locie jest pierwszy haust krystalicznego, suchego powietrza i świadomość, że od najbliższej kawiarenki dzielą Was setki kilometrów.
Pingwiny w roli gospodarzy
Latem lodowe pustkowie ożywa. Na czarnych bazaltowych plażach wulkanicznej Ross Island lądują setki pingwinów Adeli, które z furią bronią swoich kamykowych gniazd. Obok większe pingwiny cesarskie toczą niezgrabne spacerki, jednak pod wodą zamieniają się w torpedy, potrafiąc zanurkować na głębokość ćwierć kilometra. Foki Weddella wygrzewają się na pływających kramach lodowych, a kryl iskrzy się tuż pod powierzchnią morza niczym wygaszony neon. Turystom wolno zejść na ląd tylko w małych grupach i w specjalnych butach, by nie nanieść obcych nasion ani bakterii. Jeśli marzycie o aktywnym dniu, możecie wziąć udział w wyprawie narciarskiej w okolice Minna Bluff, zapisać się na nurkowanie pod lodem lub wspiąć się na zbocze nieczynnego wulkanu Terror, gdzie zamarznięte jaskinie lodowe skrywają stalaktyty wyglądające jak kryształowe organy.
Śladem pierwszych badaczy
Chaty Scotta i Shackletona między opuszczonymi magazynami na Cape Evans działają jak kapsuły czasu. W chłodzie zachowały się skórzane kombinezony, puszki biszkoptów i pudełko z filmami fotograficznymi, które nigdy nie trafiły do ciemni. W półmroku wisi portret cesarza Edwarda VII – prezent od brytyjskiego dworu dla ekspedycji Discovery. Przy stacji Discovery Hut przewodnik pokaże Wam stary generator prądu, który wciąż można zakręcić korbą. Na Wzgórzu Obserwatorium stoi drewniany krzyż wzniesiony przez ocalałych z wyprawy Terra Nova; z jego cokołu dzień polarny roztapia cienie w długą, mleczną poświatę. Współczesne stacje Scott Base i McMurdo przypominają kolorowymi kontenerami i antenami satelitarnymi, że ludzka ciekawość nie gaśnie – nadal bada się tu budowę rdzenia lodowego, migracje fok i atmosferyczne błyski gamma. Dependencja Rossa pokazuje, że życie potrafi zakwitnąć nawet na krawędzi lodowego kontynentu. Wracając na pokład lodołamacza, zatrzymacie się na chwilę, by posłuchać trzasku pękającej tafli – dźwięku, który dowodzi, że świat wciąż jest w ruchu, a Wy macie szczęście stać tam, gdzie zaczyna się jego biały, nieopisany jeszcze rozdział.



